W sobotę, zgodnie z zapowiedzią, ja zostałam wyeksmitowana do dziewczyn Jaspa – żony Madzi i córki Julci (dzięki dziewczyny za przygarnięcie, nakarmienie i wyprowadzenie na spacer), a chłopaki pracowali. Dzięki Jaspowi, który okazał się muzą i siłą napędową całego zajścia (Mariusz przecież nie mógł się lenić, jak obok zawzięcie pracował kolega) chłopaki przez sobotę i niedzielę pozacierali pierwsza warstwę cekolu, poprawili niedoskonałości, przetarli i nałożyli drugą warstwę. Ją znów pozacierali i pomalowali na biało sufit i trzy ściany. Czwarta ściana była zbyt mokra, dlatego dopiero dziś czeka ją gładzenie i malowanie na biało. Później drobne poprawki kosmetyczne i będziemy kłaść kolor. Trzeba jeszcze pomalować kaloryfer, wymienić drzwi, położyć wykładzinę i gotowe! Żyję nadzieją, że przyszły tydzień upłynie mi na sprzątaniu, wietrzeniu i układaniu.
Zapomniałam jeszcze o Lisku, który przyczynił się do sprawniejszego działania dowożąc worek cekolu:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz