niedziela, 1 kwietnia 2012

Szpital

Cały marzec spędziłam z Wojtkiem w szpitalu. Zaczęło się od kataru i lekkiego kaszlu. Później doszły bezdechy z sinieniem uszu, ust, całej twarzyczki. Pojechaliśmy do szpitala, gdzie stwierdzono wirusa RSV, który może u takich maluchów powodować bezdechy. Poinhalowano nas i po dwóch dniach wróciliśmy do domu. Po dwóch kolejnych dniach znów trafiliśmy na oddział, bo Wojtuś tak się zanosił kaszlem i tracił oddech, że bałam się, że mogę go nie odratować. Gdy na izbie przyjęć zastanawiano się, czy nas znów przyjąć, Wojtuś zaczął się dusić. Trzeba mu było podać tlen, odessać wydzielinę z nosa i gardła i już nikt się nie zastanawiał czy nas przyjąć, czy nie. Przez ponad dwa tygodnie na antybiotyku na krztusiec, sterydzie i inhalacjach objawy trochę ustąpiły, ale wypisano nas nadal z kaszlem i bezdechami, choć rzadkimi. Po tygodniu w domu znów przyjęto nas do szpitala. Tym razem badania wykazały pneumocystozę. Kolejny antybiotyk i inhalacje, ale tym razem wyszliśmy do domu zupełnie zdrowi.

Brak komentarzy: