czwartek, 26 maja 2011
Pożegnanie smoka
Ola po naszym przyjeździe z Meksyku miała opryszczkę w buźce i na uchu i trochę częściej niż zwykle używała smoka. Po przebytej chorobie postanowiliśmy oduczyć ją ciągania tego silikonu. Zostawiliśmy go do zasypiania, w dzień chowaliśmy. W ciągu paru dni dziecko zrozumiało i już w dzień nie domagało się pocieszyciela. I tak było do weekendu majowego. Ola znów zachorowała i ja nieopatrznie pozwoliłam jej na ciąganie smoka w dzień. Choroba minęła, smok w dzień pozostał. W miniony piątek po zaśnięciu Oli brutalnie odcięłam nożyczkami pół smoka, a pozostałe dwa zapasowe smoki wyrzuciłam do kosza. Ola po przebudzeniu zażyczyła sobie smoczka. Wsadziła go do buzi po czym z obrzydzeniem wypluła. Mamooo….., co to? – spytało dziecko. No popatrz, masz już takie duże ząbki moja duża dziewczynko, że widocznie w nocy nieopatrznie odgryzłaś pół smoka. Smok jest teraz zepsuty - powiedziałam ze ściśniętym sercem. A drugi smok? – spytała Ola. Nie ma już żadnego smoka – odpowiedziałam. Ola zepsutego smoka sama wyrzuciła do kosza, no i to na tyle historii ze smokiem. W sobotę do popołudniowej drzemki popłakałyśmy sobie chwilę, wieczorem było zasypianie bez wspominania o smoku, w niedzielę nikt już nie pamiętał, że kiedykolwiek ktokolwiek używał w naszym domu takiego silikonowego przyjaciela.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz