sobota, 31 stycznia 2009

Pępuszek

Dziś w nocy odpadł Oli kikutek pępowiny. Z tej okazji nasza córa przespała calutką noc z nami w łóżku. Mało to wychowawcze, ale cóż. Muszę przyznać, że przez to, że nie odkładałam jej do kołyski i nie lulałam do snu, wyspałam się, bo Ola między mamą i tatą spała bardzo grzecznie i długo. Lubi być rozpieszczana ta nasza córa:)

czwartek, 29 stycznia 2009

Urodziny mamy

W dniu moich urodzin Oleńka pięknie spała w nocy (miała tylko dwie przerwy na pieluchowanie i karmienie), pięknie zachowywała się w dzień i chyba polubiła kąpiele. Nie płakała, dała się spokojnie ubrać i opatrzyć pępuszek tatusiowi. Jednym słowem zrobiła mi super prezent, bo mama wyspana i nie zestresowana, to super mama. Wzbogaciłam się dziś o dwa kwiatki, kremik i słodycze i dostałam dużo telefonów i smsów z życzeniami, za które wszystkim dziękuję.
Wczoraj u pediatry Olę zważono, przybrała 400g od wyjścia ze szpitala. Robią się jej już delikatne wałeczki na nóżkach:)

wtorek, 27 stycznia 2009

Suknia ślubna

Widziałam nieraz na filmach jak mama przekazywała swoją suknię ślubną córce. Ja tego nie zrobię, dziś sprzedałam sukienkę, bolerko i welon.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Wizyta dziadków

Dziadkowie, Oleńka i kawałek mnie ze spirytusem w ręku (do pępuszka). Skoro już widać moją sylwetkę, to zainteresowanym donoszę, że do wagi sprzed ciąży brakuje mi 5kg.


Babcia Jasia i babcia Tereska z dziadkiem Alkiem odwiedzili nas w sobotę. Przywieźli górę prezentów, a na drugą górę dali Oli pieniążki do becika. Wzbogaciliśmy się o dodatkowe kocyki, ręczniki, zabawkę do łóżeczka, śliniaki, koszyczki na drobiazgi, wieszaczki na ubranka i inne bardzo przydatne rzeczy. W sobotę na obiadku była też ciocia Madzia z Jackiem. Taka ilość gości wywołała lekką dezorientację u naszej córci, ale nie dawała tego zbytnio po sobie poznać. Posyłała gościom słodkie uśmiechy, bez zażenowania puszczała bąki, bekała i napełniała pieluszki. Babcie z ciocią przeszły przyspieszony kurs pieluchowania pod okiem instruktora Mariusza i mogą już przyjeżdżać do nas nie tylko w odwiedziny, ale także z pomocą. W poniedziałek wycieczka spakowała się i odjechała, a my z Olą wracamy do poprzedniego rytmu. Teraz czekamy z utęsknieniem na odwiedziny dziadka Mirka.
Po odjeździe dziadków odwiedziła nas położna środowiskowa. Bardzo sympatyczna starsza pani. Odpowiedziała na nasze wszystkie pytania, pokazała jak pielęgnować maluszka, zapisała nas do pediatry, a na koniec mocno wyściskała mnie i Oleńkę:)

piątek, 23 stycznia 2009

Poród i pobyt w szpitalu

Zdjęcie robione w szpitalu w dniu naszego wyjścia.

W czwartek 15 stycznia postanowiłam ogarnąć trochę nasze mieszkanko. Ponieważ byłam przekonana, że urodzę w nocy albo nad ranem, gdy mijała kolejna noc, myślałam że mam dzień do swojej dyspozycji. Tak więc wytarłam kurz, wystawiłam na środek odkurzacz i położyłam się do łóżka, aby trochę odpocząć, wszak w ciąży nie powinnam się męczyć. Mój mąż w tym czasie stał w kolejce w urzędzie, aby zarejestrować nasze nowe autko. Po kilkunastu minutach błogiej drzemki poczułam jak pękło mi coś w brzuchu i cieplutka fala wód płodowych dosłownie zalała nasze łóżko. A jeszcze tydzień wcześniej pytałam lekarza, czy wody się sączą, czy chlustają. Zapewnił mnie, że chlustają tylko na amerykańskich filmach:) Tak więc miałam prawo poczuć się jak gwiazda filmowa. Zadzwoniłam do Mariusza, który wyskoczył z kolejki i do położnej, która właśnie odbierała poród i niechcący odebrała komórkę. Słyszałam tylko: „przyj! jeszcze trochę!” i to wcale nie sprawiło, że poczułam się lepiej. Mariusz przyjechał w momencie, gdy się gramoliłam z łóżka i to jemu udało się skontaktować z położną. Kazała mi zjeść coś lekkiego, wziąć kąpiel i przyjechać za 1,5 godziny. Tak też zrobiliśmy. Na izbie przyjęć stawiliśmy się o godzinie 15.30. Zbadano mnie, podłączono do KTG i kazano czekać na skurcze. A te jak na złość nie przychodziły. Izbę przyjęć wspominam bardzo źle. Panie były opryskliwe, zmieniły ton dopiero po interwencji mojej położnej. Około 17 weszłam na salę porodową. Byłam nastawiona na skakanie na piłce, siedzenie na worku sako, pracę przy drabinkach, parokrotny prysznic, jednak to wszystko mnie ominęło. Wody cały czas się sączyły (ze względu na to mam do dziś antybiotyk), rozwarcie na jeden palec, więc dostałam kroplówkę z oksytocyną. Wyuczone w szkole rodzenie techniki oddychania pomogły o tyle, że wiedziałam iż oddychać mam przeponą długo na rozluźnienie, a szybko w szczycie skurczu. To ile tych oddechów miało być w kolejnych fazach w ogóle nie było istotne, oddychałam tak jak mi ciało dyktowało. A jak ciało dyktowało źle, albo ja nie umiałam odczytać sygnałów, które mi ono wysyła, to wkraczał mój kochany mąż lub położna i przywracali mnie do pionu. Dlatego polecam wszystkim poród rodzinny, wsparcie kogoś bliskiego jest nieocenione. Skurczy jak nie było tak nagle przyszły ze zdwojoną falą. Na komendę położnej zmieniałam pozycję za pozycją, marudziłam Mariuszowi, że się wycofuję, że już nie chcę rodzić, że chcę cesarkę itp. aż ok. 18.40 przyszły skurcze parte. Trwały prawie godzinę i wymęczyły mnie tak, że jak dostałam Olę na brzuch o 19.35 to nie miałam siły ani płakać, ani się śmiać, cieszyłam się tylko że już po wszystkim. Wtedy też zapomniałam o bólu i trudach porodu. Mariusz przeciął pępowinę, niunię zbadano (dostała 10 pkt/10 w skali Apgar) i pojechaliśmy na salę poporodową. Dostałam maleńką na brzuch, jednak to jej nie ociepliło i lekarz po kolejnym badaniu stwierdził, że jest sina i tak wyziębiona, że muszą mi ją zabrać na salę adaptacyjną. Mariuszowi popłynęła łza, a mnie to w ogóle nie ruszyło. Teraz jak to wspominam, to chce mi się płakać, wtedy byłam obojętna. Po 3 godzinach Mariusza odesłano do domu, a mnie przewieziono na salę położnic. Zamiast wykorzystać noc na odespanie, patrzyłam się w sufit i nie mogłam zasnąć. O 2 nad ranem przyszedł lekarz i powiedział, że Ola ma się dobrze, już jest cieplutka i wkrótce do mnie wróci. Jednak nie wróciła aż do wieczora, bo ja po bezsennej nocy zemdlałam i dostałam rzucawek przy próbie wstania z łóżka, a po paru godzinach znów leżałam na podłodze, gdy razem z położną próbowałam pójść do toalety. Jednak siła woli i solidne śniadanie i obiad postawiły mnie na nogi na tyle, że zdecydowano mi oddać moją córcię pod opiekę. Noc upłynęła nam na poznawaniu siebie, przytulaniu i krótkich karmieniach. W sobotę i niedzielę nie miała dyżuru pani od laktacji i gdyby nie wsparcie mamy i Mariusza, ciężko by mi było przetrwać. Ja nie umiałam małej odpowiednio przystawić do piersi, ona nie umiała chwytać. Jak się już przyssała, to zaraz zasypiała i tylko się napijała, a nie najadała. Kazano mi odciągać pokarm laktatorem i dokarmiać ją ze strzykawki, tyle że ja nie miałam tyle pokarmu, aby karmić piersią, a później coś jeszcze odciągać. Dostałam depresji dnia trzeciego. Byłam rozdrażniona, płaczliwa, niewyspana. Całe szczęście w poniedziałek pojawiła się pani Asia od laktacji. Anioł, nie kobieta. Pokazała mi jak nakarmić malucha, wytłumaczyła wszystko, pokrzepiła, dodała wiary w siebie. We wtorek przyszła w odwiedziny i znów udzieliła cennych wskazówek. Po drodze wyszło nam jeszcze pęknięcie obojczyka u Oli (nic groźnego ponoć, ale nie układamy ja na tym boczku), żółtaczka (cała doba ciągłej fototerapii), zapalenie oczka i jakieś krostki wymagające oddzielnej kąpieli. Dzielnie wszystko przetrwałyśmy i we wtorek 20 stycznia tatuś przywiózł nas do domu. Padłam jak nieżywa, a obudzona przez Mariusza na pierwsze karmienie nie wiedziałam kim jestem i gdzie jestem. Doszłam już trochę do siebie, poznałam lepiej naszą córeczkę i z dnia na dzień zakochuję się w niej coraz bardziej. W mężu zresztą też, bo ma dla swoich kobiet ogromne pokłady miłości i cierpliwości:)

środa, 21 stycznia 2009

Już w domu

Wczoraj wieczorem wyszłyśymy ze szpitala. Gdy odeśpię trud i stres szpitalny, nadrobię zaległśoci na blogu. Teraz Ola śpi, więc ja też utnę sobie drzemkę.

sobota, 17 stycznia 2009

Narodziny Oli !



15 stycznia o godzinie 19:35 przyszła na świat Ola. Ola przy narodzinach ważyła 3,140 kg i mierzyła 56 cm. Później szczęśliwa mama napisze więcej. Narazie szczęśliwy tata świętuje i nie ma czasu na dłuższe posty.
P.S. Zapraszam do mnie na piwo

środa, 14 stycznia 2009

Samochodzik

Ponieważ wózek nam się nie mieści do bagażnika (wchodzi, ale po rozmontowaniu na części pierwsze), a zdajemy sobie sprawę, że dojdą też inne dziecięce akcesoria, wpłaciliśmy zaliczkę na większy samochód. Tatuś będzie woził córeczkę granatowym kombiakiem. No to chyba już naprawdę wszystko przygotowane na przyjście Oli na świat.

niedziela, 11 stycznia 2009

Już niedługo, coraz bliżej

Dziś dotarł do nas wózek od Zosi i Zbyszka z Wrocławia. Kurier Kubuś przywiózł go do Grudziądza, skąd odebrał go Mariusz. Też chciałam jechać, aby zobaczyć się z Kubą, ale mnie mąż nie zabrał, żebym mu w samochodzie nie zaczęła rodzić. Wraz z wózkiem dostaliśmy kolejne ubranka, które już wyprane czekają na uprasowanie. Jeszcze raz dziękujemy!:) No i to chyba wszystko co miało zostać zakupione /dowiezione/ uprane/ wyprasowane. Teraz pozostało czekać. A wcale nie jest to łatwe. Skurcz w 7 czy 8 miesiącu ciąży nie robił na mnie wrażenia. Teraz każdy najmniejszy skurczyk, ból brzucha, albo krzyża zapala mi w głowie żaróweczkę : czyżby się zaczęło? Przy drugim dziecku będę już pewnie ekspertem, teraz trochę jestem wylękniona.

Dostaliśmy pozwolenie na budowę domu, zaczynamy szukać wykonawców.

czwartek, 8 stycznia 2009

Spakowałam się

39 tydzień ciąży powitałam ze spakowaną torbą do szpitala. Za oknami śnieg i mróz, więc nie wychodzę z domu z obawy o przeziębienie i poślizgnięcie się (jakaś bardzo wywrotna się zrobiłam). W domu posprzątane nawet w zapomnianych szafkach, zostało tylko wyczekiwać aż córcia zdecyduje się na WIELKIE WYJŚCIE.
Wczoraj tak nam zasypało Trójmiasto, że Mariusz jechał z pracy 3,5 godziny. Mam nadzieję, że podróż do szpitala będzie krótsza.

wtorek, 6 stycznia 2009

Ostatnia wizyta u lekarza

Dziś, jeśli wszystko dobrze się ułoży, podglądaliśmy Olę po raz ostatni w brzuchu. Następne spotkanie będzie, mamy nadzieję, już na żywo. Lekarz powiedział, że powinnam urodzić w ciągu dwóch tygodni, jeśli do tego czasu córce nie będzie się chciało pojawić na tym pięknym świecie, mam jechać do szpitala. Dostałam już skierowanie na wszelki wypadek, bo z cukrzycą ciężarnych lepiej dziecka nie przenosić. Ola waży ok. 2800g, jest malutka, ale rośnie w swoim tempie, jak to określił pan doktor. Poza tym pomiary wagi na USG są przybliżone, więc może się jeszcze okazać, że córa urodzi się większa niż przypuszczamy. Wzrostu dziś nie udało się ustalić, dziecko jest już za duże i za bardzo powyginane. Niejeden gimnastyk pozazdrościłby gibkości takiemu maleństwu.
Rzeczy do szpitala mam już przygotowane, ale jakoś nie mogę się zebrać, aby włożyć je do torby. Na jutro wyznaczyłam sobie ostateczny termin, bo ze skurczami chyba nie będzie lekko się pakować.

Lekarz: Są obrzęki?
Ja: Puchną mi trochę nogi.
Lekarz: Nogi to ma pani idealne.
Wracam samochodem z Mariuszem, zadowolona podniecam się swoimi idealnymi nogami
Mariusz: nogi masz idealne jak na ciążę, a nie w ogóle, nie schlebiaj sobie:)

czwartek, 1 stycznia 2009

Powitanie Nowego Roku

Nowy Rok 2009 powitaliśmy w doborowym towarzystwie, przy muzyczce i duuuuużej ilości jedzenia i picia. Na imprezce u Lisków gościło 7 par ( w tym dwie ciężarne), dwie trzylatki i dwa psy, choć podobno przez chwilę był też i trzeci, ale umknął on mojej uwadze. O 24.00 tradycyjnie wyszliśmy na fajerwerki, ale nasza córka zastrajkowała, zaczęła mnie mocno kopać i dlatego szybko wróciliśmy do mieszkania. Około 3 rano byliśmy już w domu, opuszczając towarzystwo przed niezmordowanymi trzylatkami. Ciekawe czy z naszej córci też wyrośnie taka imprezowiczka:)

Nawet tańce były:)

Wszystkim odwiedzającym naszego bloga życzymy dużo zdrowia, szczęścia oraz samych sukcesów w Nowym Roku!