niedziela, 6 lutego 2011

Karaiby ciąg dalszy

Drugi dzień spędziliśmy podobnie do poprzedniego. Teoria, a później ćwiczenia nurkowe. Tym razem na wodach otwartych, nurkowanie z łódki na głębokość 10 metrów. Oczywiście ja wszystko obserwowałam z łódki, co też było dla mnie nie lada wyczynem, bo kołysało cholernie. Kilkanaście razy myślałam, że skończę wymiotując za burtę, ale jakoś dałam radę. Gorzej było z Madzią, która po pierwszym nurkowaniu długo była na powierzchni wody (do łódki był niezły kawałek) i porzucało nią trochę. Najprawdopodobniej dostała choroby morskiej. Weszła na łódkę zielona i nieprzytomna i na drugie nurkowanie się nie zdecydowała. Jacek został z nią i ze mną na łódce, a Mariusz odpoczął i zszedł pod wodę. Dzielny był, choć przy pierwszym nurkowaniu złapał go atak paniki i chciał z 10 metrów nagle wypłynąć. Całe szczęście nasza Gosia opanowała sytuację. Drugie nurkowanie mój mąż zniósł już lepiej.
Następnego dnia ekipa popłynęła na ćwiczenia pod wodą, a ja poszłam na piesze zwiedzanie wyspy. Zawędrowałam do starego ogrodu, który powstał jako efekt zakochania jednego pana w pewnej pani. Później byłam w stacji badawczej i poobserwowałam sobie żółwie, a na zwieńczenie dnia popływałam sobie z delfinami. Świetne, mądre zwierzęta, ich popisy robią wrażenie. Gdy wyniosły mnie do góry i rzuciły o taflę wody, stwierdziłam, że ani nurkowanie, ani nawet zabawy z delfinami nie są dla mnie. Opiłam się wody i już nie miałam frajdy z pływania.
Ostatniego dnia nurkowania znów byłam na łódce, a reszta dzielnie uczyła się. Bo zanurzenie i podziwianie widoków to jedno, a nauka zachowania w różnych sytuacjach awaryjnych to drugie. Zdejmowanie kamizelki, pasa obciążającego, maski, dzielenie się powietrzem, posługiwanie się kompasem, to tylko niektóre z ćwiczeń jakie trzeba było wykonać pod wodą, aby zdobyć certyfikat nurka. A właśnie taki certyfikat przyjdzie pocztą do Madzi, Jacka i Mariusza.


Brak komentarzy: