środa, 29 października 2008

Przymusowe odchudzanie męża

Wczoraj pomimo cukrzycy jadłam kawałek torta i jedną kosteczkę czekolady. Niebo w gębie:) No, ale po kolei…
Ponieważ wieczorem miała nas nawiedzić Sister z Jackiem w celu świętowania urodzin Mariusza, ja jako perfekcyjna pani domu postanowiłam upiec ciasto. Chciałam zrobić szarlotkę na ciepło z lodami, ale Mariusz wyprosił u mnie torta. Mężowi się nie odmawia, szczególnie w jego urodziny, tak więc powstał tort imponujący z masą śmietanowo-ajerkoniakową posypany prażonymi migdałami. Serce mi się krajało jak go robiłam i powstrzymywałam się przed wylizywaniem garnuszka po kremie.
Po obiedzie mieliśmy wizytę u ginekologa zajmującego się cukrzycą. Pochwalił mnie za wzorcowe wyniki pomiarów cukru we krwi, ale też trochę zmartwił słowami: „dopiero teraz się zacznie, teraz organizm poczuje, że jest w ciąży i jest bardziej obciążony”. Tak więc insuliny nie biorę, ale dieta do końca ciąży, kłucie w palce nadal 6 razy dziennie i kolejna wizyta za 3 tygodnie. U mojej pani doktor prowadzącej ciążę miałam mieć wizytę za 2 tygodnie, więc wspólnie z doktorem cukrzycowym ustaliłam, że przechodzę do niego pod opiekę, żeby nie biegać do dwóch lekarzy.
Po powrocie od doktora byłam tak zadowolona ze swoich wyników cukru, że postanowiłam zrezygnować z kolacji na rzecz małego, słodkiego co nieco. Mniammmm:)

Sister chciała się czegoś napić, z góry założyła, że mamy sok do rozrabiania z wodą. Jakież było jej zdziwienie, gdy usłyszała, że serwujemy tylko wodę lub herbatę. Gdy zadzwonił teść (mój teść, jej tata) usłyszał mniej więcej te słowa: ”Wiesz tato, przez to że Anka ma cukrzycę to Mariusz nic nie może jeść, jak stanie bokiem to go już prawie nie widać”. Pewnie dlatego jej zamorzony brat dostał w prezencie słodycze ze słowami : „Tylko schowaj przed Anią i sam jedz”. Dla niewtajemniczonych - mój biedny, wychudzony mąż przedstawia się następująco: 187 cm wzrostu, 113 kg wagi.

Brak komentarzy: