sobota, 24 grudnia 2011

Święta



Ze względu na mój stan zdrowia nie zdecydowaliśmy się na wyjazd na Podlasie. Święta spędziliśmy w domu we trójeczkę.

środa, 7 grudnia 2011

Klara


Klara mieszka z nami od prawie trzech tygodni. Miała łapać myszy w garażu i kotłowni, ale że Ola 2 tygodnie była w domu na chorobowym, a myszy póki co są większe od Klary, więc kotka jest na salonach. Łazi za nogą tak jak pies i jest strasznym pieszczochem.

piątek, 11 listopada 2011

wtorek, 8 listopada 2011

Co można robić z tatą?




Z tatą można chodzić na spacer, układać puzzle, robić straszną dynię, grać w szachy, skręcać meble dla dzidziusia i kąpać się jak dorosła pod prysznicem. Można robić też dużo innych rzeczy, tylko szkoda, że taty tak często nie ma w domu.

piątek, 28 października 2011

Jestem sobie przedszkolaczek

Jestem sobie przedszkolaczek, nie grymaszę i nie płaczę - tak się zaczyna ulubiona piosenka naszego dziecka. I faktycznie ostatnio dzielnie uczęszcza do przedszkola, ma tylko czasem kryzys przy wejściu na salę, ale później cały dzień jest grzeczna i zbiera pochwały. No i przede wszystkim pozbywa się nadmiaru energii, który w niej drzemie i po przyjeździe do domu łatwiej ją okiełznać.

czwartek, 27 października 2011

Nadrabiam zaległości

Długo nie pisałam, pomimo tego, że jestem na zwolnieniu lekarskim i teoretycznie powinnam mieć dużo czasu wolnego. No i trochę tego czasu faktycznie mam, ale jako że wymiotuję cały czas, boli mnie kręgosłup i jeszcze doszła znów (tak samo jak przy ciąży z Olą) cukrzyca ciążowa, to nic mi się nie chce. Rano odwożę Olę do przedszkola, jadę do piekarni, później do mięsnego i spożywczego. Po przyjeździe karmię psa, który przybiera na wadze ok. 1,5 kg tygodniowo i robi się coraz bardziej zuchwały, a później karmię siebie. Przeważnie wtedy kładę się na chwilę, aby powstrzymać atak mdłości, czasem udaje mi się go przeczekać, innym razem kończy się to mało przyjemną wizytą w toalecie. Po godzinie kłuję się, aby zbadać cukier, nastawiam pranie, zbieram zabawki, ogarniam kuchnię i mamy już południe. Zwyczajowo później szłam na spacer z psem, ale odkąd Azja ma złamany palec, ograniczyłyśmy nasze wypady na wieś. Jak już poogarniam, to się robię zmęczona i znów się kładę na chwilę. Później wstaję i jak mam wenę to robię obiad, a jak nie, to pokręcę się chwilę po domu no i zaraz trzeba jechać po córcię. Po przedszkolu jestem już na wyłączność Oli. Ostatnio dziecko ma fazę na układanie puzzli i wycinanie z papieru, więc to wypełnia nasze wspólne wieczory. Oczywiście harmonogram dnia ulega zmianie, gdy jadę do pracy lub załatwiać jakieś sprawy (a jest ich trochę po przeprowadzce), ale i z tym sobie jakoś póki co radzę.
Jutro w przedszkolu pasowanie na przedszkolaka i wtedy wrzucę obszerniejszą relację jak nasze dziecko radzi sobie w nowym miejscu.







środa, 24 sierpnia 2011

Synuś

Wczorajsze USG ujawniło płeć potomka. Według prognoz w styczniu w naszej rodzinie pojawi się synuś.

środa, 17 sierpnia 2011

Już wkrótce zamieszka z nami

 

Zdrowie i inne sprawy

Mąż powoli wraca do formy, porusza się już bez kul. Jeździ nawet samodzielnie samochodem, co zwolniło mnie z funkcji jego szofera.
Ola od 1 sierpnia przez dwa tygodnie chodziła do przedszkola na 3-4 godziny dziennie. Trzeci tydzień spędza ze mną w domu przechodząc rotawirus i przeziębienie w jednym. Całą naszą trójkę wzięło tak, że całe szczęście, że mamy trzy kibelki w domu:)
Mieszka się super. Cisza, spokój, luz i swoboda – tak bym w skrócie opisała życie na wsi. Brakuje nam umeblowania w pokoju telewizyjnym, naszej garderoby i paru dodatków, ale reszta potrzebnych do życia rzeczy jest.

środa, 6 lipca 2011

Badanie oka

Jesteśmy z Olą po dwudniowym pobycie na Oddziale Okulistyki Dziecięcej Akademii Medycznej. Miała podejrzenie jaskry wrodzonej, okazało się, że ma nietypową budowę oka, dziwnie zachowują się źrenice, ale poza tym wszystko jest w porządku. Ola pobyt w szpitalu zniosła bardzo dzielnie. Najgorszy był brak jedzenia i picia przed narkozą oraz wszelkie wkłucia. Wkurzał mnie brak informacji i ogromna nuda na oddziale, ale cóż, mam nadzieję, że już tam więcej nie trafimy.

piątek, 24 czerwca 2011

Po operacji

Operacja trwała kilka godzin, ale chyba się udała. Teraz co najmniej miesiąc unieruchomienia, no i długa rehabilitacja.
Mamy teraz w domu istny szpital na peryferiach. Moja mama to siła sprzątająco-gotujaco-opiekujaca się nad dzieckiem, a ja jestem szoferem, robię zastrzyki, donoszę lód na kolano i czuwam w nocy. Jeśli dodać do tego moje złe samopoczucie, ciągłe nudności, wymioty i ból brzucha, to mamy niezły młyn. Jeśli chodzi o pozytywy, to mamy już ogarnięty dom po przeprowadzce – zasługa mamusi, piękny las pod nosem, towarzystwo sarenek, dzikiego ptactwa, żab itp. Dziecko po całym dniu na podwórku śpi w nocy jak susełek.
W sobotę Madzia ma swój wielki dzień – wychodzi za mąż i nas tam nie będzie:(

wtorek, 21 czerwca 2011

Przeprowadzka

No i stało się. W niedzielę przeprowadziliśmy się do naszego domu. Gdyby nie moja mama i pomoc innych życzliwych osób nie udałoby się nam to chyba nigdy. Ja w ciąży i nie mogę dźwigać, a Mariusz o kulach. Od jakiegoś czasu bolało go kolano, na które miał operację jeszcze w liceum. W piątek był u ortopedy, umawiali się luźno na zabieg, ale los chciał inaczej. Po wizycie u ortopedy coś w kolanie pyknęło, noga się zblokowała i operacja w trybie pilnym odbywa się właśnie teraz. Ja siedzę w pracy i nie mogę się na niczym skupić.

czwartek, 26 maja 2011

Pożegnanie smoka

Ola po naszym przyjeździe z Meksyku miała opryszczkę w buźce i na uchu i trochę częściej niż zwykle używała smoka. Po przebytej chorobie postanowiliśmy oduczyć ją ciągania tego silikonu. Zostawiliśmy go do zasypiania, w dzień chowaliśmy. W ciągu paru dni dziecko zrozumiało i już w dzień nie domagało się pocieszyciela. I tak było do weekendu majowego. Ola znów zachorowała i ja nieopatrznie pozwoliłam jej na ciąganie smoka w dzień. Choroba minęła, smok w dzień pozostał. W miniony piątek po zaśnięciu Oli brutalnie odcięłam nożyczkami pół smoka, a pozostałe dwa zapasowe smoki wyrzuciłam do kosza. Ola po przebudzeniu zażyczyła sobie smoczka. Wsadziła go do buzi po czym z obrzydzeniem wypluła. Mamooo….., co to? – spytało dziecko. No popatrz, masz już takie duże ząbki moja duża dziewczynko, że widocznie w nocy nieopatrznie odgryzłaś pół smoka. Smok jest teraz zepsuty - powiedziałam ze ściśniętym sercem. A drugi smok? – spytała Ola. Nie ma już żadnego smoka – odpowiedziałam. Ola zepsutego smoka sama wyrzuciła do kosza, no i to na tyle historii ze smokiem. W sobotę do popołudniowej drzemki popłakałyśmy sobie chwilę, wieczorem było zasypianie bez wspominania o smoku, w niedzielę nikt już nie pamiętał, że kiedykolwiek ktokolwiek używał w naszym domu takiego silikonowego przyjaciela.

piątek, 20 maja 2011

Psiaki

Wojtek odda pieska w dobre ręce. Psiak dostanie nawet wyprawkę:)
http://wtujsku.pl/psiaki/

czwartek, 19 maja 2011

Długo nie pisałam, bo albo coś się dzieje, albo gdzieś wyjeżdżamy, albo jestem za bardzo zmęczona, aby zaglądać do komputera. Mam nadzieję, że już nie będę miała takich długich przestojów.
W połowie lipca przeprowadzamy się do domu. Wykończeniówka idzie pełną parą, jutro też zaczynamy stawiać płot. Zapraszamy wszystkich chętnych w sierpniu na wakacje. Dodatkowe ręce do przekopywania ogrodu mile widziane:)
Ola rośnie jak na drożdżach, rozgadało się nam dziecko strasznie. Chodzi i ciągle coś opowiada albo spiewa, ciekawe po kim to ma?




niedziela, 6 lutego 2011

Karaiby ciąg dalszy

Drugi dzień spędziliśmy podobnie do poprzedniego. Teoria, a później ćwiczenia nurkowe. Tym razem na wodach otwartych, nurkowanie z łódki na głębokość 10 metrów. Oczywiście ja wszystko obserwowałam z łódki, co też było dla mnie nie lada wyczynem, bo kołysało cholernie. Kilkanaście razy myślałam, że skończę wymiotując za burtę, ale jakoś dałam radę. Gorzej było z Madzią, która po pierwszym nurkowaniu długo była na powierzchni wody (do łódki był niezły kawałek) i porzucało nią trochę. Najprawdopodobniej dostała choroby morskiej. Weszła na łódkę zielona i nieprzytomna i na drugie nurkowanie się nie zdecydowała. Jacek został z nią i ze mną na łódce, a Mariusz odpoczął i zszedł pod wodę. Dzielny był, choć przy pierwszym nurkowaniu złapał go atak paniki i chciał z 10 metrów nagle wypłynąć. Całe szczęście nasza Gosia opanowała sytuację. Drugie nurkowanie mój mąż zniósł już lepiej.
Następnego dnia ekipa popłynęła na ćwiczenia pod wodą, a ja poszłam na piesze zwiedzanie wyspy. Zawędrowałam do starego ogrodu, który powstał jako efekt zakochania jednego pana w pewnej pani. Później byłam w stacji badawczej i poobserwowałam sobie żółwie, a na zwieńczenie dnia popływałam sobie z delfinami. Świetne, mądre zwierzęta, ich popisy robią wrażenie. Gdy wyniosły mnie do góry i rzuciły o taflę wody, stwierdziłam, że ani nurkowanie, ani nawet zabawy z delfinami nie są dla mnie. Opiłam się wody i już nie miałam frajdy z pływania.
Ostatniego dnia nurkowania znów byłam na łódce, a reszta dzielnie uczyła się. Bo zanurzenie i podziwianie widoków to jedno, a nauka zachowania w różnych sytuacjach awaryjnych to drugie. Zdejmowanie kamizelki, pasa obciążającego, maski, dzielenie się powietrzem, posługiwanie się kompasem, to tylko niektóre z ćwiczeń jakie trzeba było wykonać pod wodą, aby zdobyć certyfikat nurka. A właśnie taki certyfikat przyjdzie pocztą do Madzi, Jacka i Mariusza.


czwartek, 3 lutego 2011

Karaiby

Teraz jesteśmy nad Morzem Karaibskim. Wczoraj przyjechaliśmy do Cancun, po czym przeprawiliśmy sie promem na wyspę Isla Mujeres. Ja kibicuję, reszta robi kurs nurków. Właściwie zaczęliśmy we czwórkę. Ja postanowiłam przełamać swój lęk przed wodą i też poszłam na kurs. Skusiło mnie to, ze spotkaliśmy Polkę - instruktorkę nurkowania, która poprowadziła dla nas kurs po polsku. Rano film instruktażowy, później test, pokaz sprzętu, ćwiczenia z montażu sprzętu, oddychanie itp. - to wszystko poszło mi łatwo. Bałam się, ale myślałam, że dam radę. Gdy szliśmy ze sprzętem nad wodę już ogarniała mnie panika, ale się jakoś trzymałam. Wejście do wody - jeszcze jest ok. Pierwsze ćwiczenia pod wodą - wymiękłam. Wsparcie męża, zapewnienia Małgosi (instruktorki), że będzie dobrze, tylko potrzebuję więcej czasu - nic mi nie pomogło. Zrezygnowałam. Woda chyba nie jest dla mnie. Posiedziałam na plaży, popatrzyłam jak ćwiczy reszta i stwierdziłam, że tak też jest dobrze. Karaiby, praży słońce, ja nie muszę nic robić. A że nie nurkuję? Co z tego, nie muszę być idealna.
Jutro oni schodzą na 10 metrów, a ja opalam sie na łódce.





Merida i cenoty


Będąc w Meridzie wybraliśmy się do cenotów - jaskiń, w których można popływać w niesamowitej atmosferze w super przejrzystej wodzie. Najpierw podróż autobusem, później popularnym tam pojazdem - motorkiem, który ma z przodu ławeczkę dla dwóch pasażerów. Następnie przesiadka do 4-osobowego wagonika, który jedzie po szynach ciągnięty przez konika. Trzy przystanki to trzy kolejne jaskinie. Pierwsza duża, z dosyć łagodnym wejściem do wody. Druga z nieciekawym zejściem po kamieniach, bo drabinka drewniana uszkodziła się i nie miał kto jej naprawić. Trzecia jaskinia ciemna, a wejście do niej wąskim otworem po drabinie pionowo w dół.

Palenque i dżungla

Z Palenque wybraliśmy się na dwa dni do dżungli. Najpierw podróż łodzią do Yaxchilan - ważnego ośrodka kulturalnego Majów. Panuje tu niesamowita atmosfera. Środek dżungli, małpy śmigające po drzewach, mrówki, pająki, dziwne zwierzęta niespotykane w Europie. Spotkaliśmy coś co wyglądało jak wypasiona wiewiórka, która miała ryjek i tyłek świnki, ale bez ogonka. Do tego zajadała coś wydając odgłosy głośniejsze niż świnka. Wrażenia niesamowite!
Bonampak - kolejne ruiny wśród okazałej roślinności. Tutaj też znajdują się oryginalne malowidła ścienne wykonane przez Majów.
Noc spędziliśmy w małych domkach w indiańskiej wiosce, która nas trochę rozczarowała. Spodziewaliśmy się dzikiej głuszy, a tu zastaliśmy domki z ogromnymi talerzami do odbioru telewizji satelitarnej, sklep oraz punkt medyczny. Domki i sanitariaty były bardzo brudne, u nas były karaluchy, u Madzi i Jacka wielki pająk. Jedzenie takie sobie, ale za to towarzystwo przednie. Trafiła nam się rodzina meksykańska z dwoma synkami w wieku 5 i 2 lata. Starszy chłopak był naszą maskotką, my go uczyliśmy polskiego, ona nas hiszpańskiego.
Po śniadaniu poszliśmy do dżungli z naszym przewodnikiem. Wytłumaczono nam, ze musimy mieć długie spodnie, długie rękawy w bluzkach, specjalne buty, krem przeciw komarom, etc. W czym wystąpiła nasza indiańska przewodniczka? Spódnica, bluzka na krotki rękaw i plastikowe klapeczki:) Sama wycieczka była trochę nudnawa. Ot, taki większy las, żadnych egzotycznych zwierząt, atrakcji... do czasu. Musieliśmy przeprawić sie przez rzekę. Po raz pierwszy po kłodzie trzymając sie liany, po raz drugi z podwiniętymi nogawkami, brodząc w wodzie. Wracaliśmy tą samą drogą, po kłodzie. Dobrze, ze przeszłam tuż przed moim mężem. Grupa za nim nie miała się już czego trzymać. Mariusz zerwał lianę, wpadając do wody i tym samym niszcząc atrakcję turystyczną. Nastraszył nas trochę. Gdy sie wynurzył i łapał kłodę, miał przerażenie w oczach. Nowozelandczyk za nim przepłynął rzekę trzymając się kłody. Jego dziewczyna przeszła kłodę na pupie podciągając sie rękoma. Jacek z Meksykaniniem i jego dziećmi przeszedł okrężną drogą po wodzie.
Tak wiec nie tylko ja dostarczam wrażeń, mój mąż też potrafi!