Zdjęcie robione w szpitalu w dniu naszego wyjścia.W czwartek 15 stycznia postanowiłam ogarnąć trochę nasze mieszkanko. Ponieważ byłam przekonana, że urodzę w nocy albo nad ranem, gdy mijała kolejna noc, myślałam że mam dzień do swojej dyspozycji. Tak więc wytarłam kurz, wystawiłam na środek odkurzacz i położyłam się do łóżka, aby trochę odpocząć, wszak w ciąży nie powinnam się męczyć. Mój mąż w tym czasie stał w kolejce w urzędzie, aby zarejestrować nasze nowe autko. Po kilkunastu minutach błogiej drzemki poczułam jak pękło mi coś w brzuchu i cieplutka fala wód płodowych dosłownie zalała nasze łóżko. A jeszcze tydzień wcześniej pytałam lekarza, czy wody się sączą, czy chlustają. Zapewnił mnie, że chlustają tylko na amerykańskich filmach:) Tak więc miałam prawo poczuć się jak gwiazda filmowa. Zadzwoniłam do Mariusza, który wyskoczył z kolejki i do położnej, która właśnie odbierała poród i niechcący odebrała komórkę. Słyszałam tylko: „przyj! jeszcze trochę!” i to wcale nie sprawiło, że poczułam się lepiej. Mariusz przyjechał w momencie, gdy się gramoliłam z łóżka i to jemu udało się skontaktować z położną. Kazała mi zjeść coś lekkiego, wziąć kąpiel i przyjechać za 1,5 godziny. Tak też zrobiliśmy. Na izbie przyjęć stawiliśmy się o godzinie 15.30. Zbadano mnie, podłączono do KTG i kazano czekać na skurcze. A te jak na złość nie przychodziły. Izbę przyjęć wspominam bardzo źle. Panie były opryskliwe, zmieniły ton dopiero po interwencji mojej położnej. Około 17 weszłam na salę porodową. Byłam nastawiona na skakanie na piłce, siedzenie na worku sako, pracę przy drabinkach, parokrotny prysznic, jednak to wszystko mnie ominęło. Wody cały czas się sączyły (ze względu na to mam do dziś antybiotyk), rozwarcie na jeden palec, więc dostałam kroplówkę z oksytocyną. Wyuczone w szkole rodzenie techniki oddychania pomogły o tyle, że wiedziałam iż oddychać mam przeponą długo na rozluźnienie, a szybko w szczycie skurczu. To ile tych oddechów miało być w kolejnych fazach w ogóle nie było istotne, oddychałam tak jak mi ciało dyktowało. A jak ciało dyktowało źle, albo ja nie umiałam odczytać sygnałów, które mi ono wysyła, to wkraczał mój kochany mąż lub położna i przywracali mnie do pionu. Dlatego polecam wszystkim poród rodzinny, wsparcie kogoś bliskiego jest nieocenione. Skurczy jak nie było tak nagle przyszły ze zdwojoną falą. Na komendę położnej zmieniałam pozycję za pozycją, marudziłam Mariuszowi, że się wycofuję, że już nie chcę rodzić, że chcę cesarkę itp. aż ok. 18.40 przyszły skurcze parte. Trwały prawie godzinę i wymęczyły mnie tak, że jak dostałam Olę na brzuch o 19.35 to nie miałam siły ani płakać, ani się śmiać, cieszyłam się tylko że już po wszystkim. Wtedy też zapomniałam o bólu i trudach porodu. Mariusz przeciął pępowinę, niunię zbadano (dostała 10 pkt/10 w skali Apgar) i pojechaliśmy na salę poporodową. Dostałam maleńką na brzuch, jednak to jej nie ociepliło i lekarz po kolejnym badaniu stwierdził, że jest sina i tak wyziębiona, że muszą mi ją zabrać na salę adaptacyjną. Mariuszowi popłynęła łza, a mnie to w ogóle nie ruszyło. Teraz jak to wspominam, to chce mi się płakać, wtedy byłam obojętna. Po 3 godzinach Mariusza odesłano do domu, a mnie przewieziono na salę położnic. Zamiast wykorzystać noc na odespanie, patrzyłam się w sufit i nie mogłam zasnąć. O 2 nad ranem przyszedł lekarz i powiedział, że Ola ma się dobrze, już jest cieplutka i wkrótce do mnie wróci. Jednak nie wróciła aż do wieczora, bo ja po bezsennej nocy zemdlałam i dostałam rzucawek przy próbie wstania z łóżka, a po paru godzinach znów leżałam na podłodze, gdy razem z położną próbowałam pójść do toalety. Jednak siła woli i solidne śniadanie i obiad postawiły mnie na nogi na tyle, że zdecydowano mi oddać moją córcię pod opiekę. Noc upłynęła nam na poznawaniu siebie, przytulaniu i krótkich karmieniach. W sobotę i niedzielę nie miała dyżuru pani od laktacji i gdyby nie wsparcie mamy i Mariusza, ciężko by mi było przetrwać. Ja nie umiałam małej odpowiednio przystawić do piersi, ona nie umiała chwytać. Jak się już przyssała, to zaraz zasypiała i tylko się napijała, a nie najadała. Kazano mi odciągać pokarm laktatorem i dokarmiać ją ze strzykawki, tyle że ja nie miałam tyle pokarmu, aby karmić piersią, a później coś jeszcze odciągać. Dostałam depresji dnia trzeciego. Byłam rozdrażniona, płaczliwa, niewyspana. Całe szczęście w poniedziałek pojawiła się pani Asia od laktacji. Anioł, nie kobieta. Pokazała mi jak nakarmić malucha, wytłumaczyła wszystko, pokrzepiła, dodała wiary w siebie. We wtorek przyszła w odwiedziny i znów udzieliła cennych wskazówek. Po drodze wyszło nam jeszcze pęknięcie obojczyka u Oli (nic groźnego ponoć, ale nie układamy ja na tym boczku), żółtaczka (cała doba ciągłej fototerapii), zapalenie oczka i jakieś krostki wymagające oddzielnej kąpieli. Dzielnie wszystko przetrwałyśmy i we wtorek 20 stycznia tatuś przywiózł nas do domu. Padłam jak nieżywa, a obudzona przez Mariusza na pierwsze karmienie nie wiedziałam kim jestem i gdzie jestem. Doszłam już trochę do siebie, poznałam lepiej naszą córeczkę i z dnia na dzień zakochuję się w niej coraz bardziej. W mężu zresztą też, bo ma dla swoich kobiet ogromne pokłady miłości i cierpliwości:)